Sully. W poszukiwaniu tego co naprawdę ma znaczenie – recenzja książki

Jest 15 stycznia 2009 roku. Na lotnisko La Guardia w Nowym Jorku jeden z wielu tamtego dnia Airbusów A320 szykuje się do lotu. Kierunek Charlotte. Na pokładzie 150 pasażerów, pilot, pierwszy oficer i trzy stewardessy, w sumie 155 osób. Trzy minuty po starcie w samolot uderza stado ptaków. Te ptaki to gęsi kanadyjskie, które dostają się do obu silników, niszcząc je. W tym momencie kilka km nad ziemią rozpoczęła się walka z czasem.

Narodziny bohatera

Brzmi jak zapowiedź filmu, ale tą historię napisało życie. Kapitan Chesley „Sully” Sullenberger, 15 stycznia 2009 roku stanął przed największym wyzwaniem w swoim życiu – bezpiecznym lądowaniem samolotu bez obu silników w centrum Nowego Jorku. Na lądowanie awaryjne wybrał rzekę Hudson i bezpiecznie posadził tam kilkudziesięciotonowy samolot. To wydarzenie nazwane „Cudem na rzece Hudson” na zawsze zmieniło życia jego, jego rodziny, pasażerów lotu 1549 oraz ich rodzin.

Sully z dnia na dzień stał się celebrytą, z anonimowego amerykańskiego pilota w ciągu jednego dnia stał się bohaterem narodowym. Zapraszano go do telewizji, udzielał wywiadów, był gościem specjalnym finału Super Bowl, gościł na inauguracji pierwszej kadencji prezydenta Obamy, otwierał mecze baseballowe, a także brał udział w przyjęciu po gali rozdania Oscarów.

Korzystając z przymusowego urlopu od swojej największej życiowej pasji Sully postanowił napisać książkę. W swojej książce ten jak sam o sobie mówi „dość zamknięty człowiek”, uchyla nam drzwi swojego domu, zarówno w czasach kiedy mieszkał tam jako mały chłopiec jak i później, gdy sam założył rodzinę. Odwiedzamy również szkołę kadetów, lotniska, ulubione miejsca bohatera, a także siadamy za sterami myśliwców oraz wielkich samolotów pasażerskich. Kapitan pokazuje nam wszystko to, co ukształtowało go jako człowieka i 15 stycznia 2009 roku pozwoliło mu bezpiecznie posadzić Boeinga na rzece Hudson w Nowym Jorku.

Przede wszystkim pasja

Niewielu ma to szczęście, że pasja zmienia się w sposób na życie. Ci nieliczni szczęśliwcy mogą później powiedzieć, że w swoim życiu nie przepracowali ani jednego dnia i do takich osób należy kapitan Sullenberger. Swoją pasję odkrył w wieku 5 lat, widział samoloty wojskowe z pobliskiej bazy przelatujące nad jego domem. Gdy miał 16-lat starszy, emerytowany pilot przyjął go na nauki, gdzie pierwszy raz wzbijał się w powietrze, latając samolotem na co dzień służącym do opryskiwania pól. Później w szkole i w wojsku miał okazje latać myśliwcami, doświadczenie do którego często wraca myślami. Nie bez powodu odwiedzamy te wszystkie miejsca i poznajemy bohaterów jego młodości. Te wszystkie opisy i wzmianki prowadzą nas do wniosku, że Sully na każdym etapie życia zbierał doświadczenie, które jak się później okazało pozwoliło mu podołać największej w swoim dotychczasowym życiu próbie. Doświadczenie w połączeniu z jego skrupulatną naturą i doskonałą pracą zespołową pomogło ocalić dziesiątki osób.

Prestiż pilota?

Napisanie tej książki było dla Sullenbergera doskonałą okazją do zwrócenia uwagi opinii publicznej na bolączki gnębiące lotnictwo w stanach, ale wydaje mi się, że temat jest aktualny nie tylko tam. Rezerwując tani lot na weekend często nie zdajemy sobie sprawy z tego, co stoi za niskimi cenami biletów i czego/czyim kosztem mamy tańsze bilety. Coraz niższe pensje dla pilotów, cięcia w obsłudze i załogach lotów, odebranie programów emerytalnych, wymagania kierownictwa względem punktualności wylotów i lądowań, odbijających się na bezpieczeństwie pasażerów. Znamy przecież sytuacje, w których zabrakło paliwa, bo pilot zatankował tak, żeby było na styk, ataki wewnątrz samolotu, piloci samobójcy. Nie wiem jak wy, ale ja zawód pilota pod względem finansowym stawiałem na równi z chociażby dentystami czy prawnikami – słowem nie powinno im niczego brakować, a okazuje się, że sytuacja nie jest dla nich tak różowa, jak mogłoby się wydawać.

Sullenberger często zasiadał w komisjach katastrof lotniczych i zajmował się bezpieczeństwem w lotnictwie. Jego punkt widzenia i opowieści o ewolucji zasad bezpieczeństwa w lotnictwie otworzyły mi oczy. Smutny jest fakt, że to katastrofy lotnicze na przestrzeni lat były głównym motywatorem do wprowadzania zmian i usprawnień. Dawniej np. nie kontrolowano obsługi lotnisk przed wejściem na pokład, wskutek czego zdesperowany pracownik lotniska (np. sprzedający kanapki) mógł wejść na pokład samolotu z bronią. Kolejny przykład to brak systemów przeciwpożarowych w lukach bagażowych czy wcześniejszy brak możliwości zamknięcia od wewnątrz kabiny pilotów. Takich przykładów niestety na przestrzeni lat było mnóstwo.

Hołd dla bohaterów dnia codzienniego

Ta książka to hołd dla bezimiennych bohaterów, którzy każdego dnia sumiennie wykonując swoje obowiązki dokładają cegiełkę do poprawy naszego świata. Strażacy, policjanci, lekarze, piloci, kierowcy autobusów, itd. Sully był jednym z takich bohaterów, który pewnego dnia przestał być anonimowy. Do 15 stycznia 2009 roku po prostu sumiennie wykonywał swoją pracę, był drobiazgowy, troszczył się o ludzi, cenił sobie profesjonalizm i znał znaczenie odpowiedniego przygotowania, gdyż cały czas poszerzał swoją wiedzę związaną z lotnictwem. Pamiętajmy, żeby każdego dnia dołączać do tych bezimiennych bohaterów, bo bohaterem może być każdy. I tutaj zakończę ten wpis, zostawiajac was z jednym z moich ulubionych cytatów z Batmana.

A hero can be anyone, even a man doing something as simple and reassuring as putting a coat on a young boy’s shoulders to let him know that the world hadn’t ended.

Najnowsze wpisy

Kategorie