Dlaczego zakonnice odchodzą po cichu – recenzja książki

Jeśli ksiądz odchodzi z kościoła, to na pewno zrobił komuś dziecko, a jeśli zakonnica to na bank zakochała się w księdzu. Takie panuje przekonanie. Marta Abramowicz w książce Zakonnice odchodzą po cichu, opowiada o powodach odejścia z zakonu swoich bohaterek, odejściach które zawsze były…po cichu.

Pół roku – tyle czasu zajęło autorce dotarcie do 20 byłych zakonnic. Sporo, ale mało która zakonnica chce opowiadać o swoim odejściu i w wielu przypadkach czas bardzo powoli zabliźnia rany. Dlaczego odeszły? Historie są różne, dlatego i powody były różne – miłość, bezradność, sprzeciw wobec hierarchii zakonnej, rozczarowanie – ale wszystkie są zgodne w jednym – życie za murami to życie pełne upokorzeń, umartwień, bezgranicznego posłuszeństwa przełożonym i średniowiecznych zasad, którym siostry muszą być wierne ponad wszystko. Gdy jakaś siostra odchodzi (z własnej woli lub zostaje przekonana, że nie ma powołania), po prostu pakuje się i następnego dnia znika. Rada zgromadzenia podejmuje decyzje, czy w ogóle dostanie jakieś ubrania i pieniądze na podróż, gdyż sama nie ma przy sobie nic. Paczki i listy od rodziny są przeglądane, a „niepotrzebne” rzeczy zabierane. Dlatego po odejściu z zakonu, każda na nowo musi szukać swojego miejsca w świecie, od zera, bez pożegnania. Siostry, z którymi spędziła tyle czasu o jej odejściu dowiedzą się rano podczas śniadania, a jedyne co usłyszą to to, że straciła powołanie i odeszła.

Żyjemy w XXI i lektura takiej książki jest dla mnie przerażająca, bo przerażające jest to jak bardzo żeńskie zakony są odporne na zmiany dokonujące się w kościele. W męskich zakonach jest dużo więcej swobody, a przecież wiara ta sama, system ten sam. Ojcowie dostają wynagrodzenie za swoją pracę, czas wolny spędzają jak chcą, nie muszą prosić o pozwolenie na wyjście do ogrodu, obejrzenie ulubionego serialu i nie są zmuszani do ciągłego chodzenia w habicie. W żeńskich zakonach jak wynika z książki, od razu po przyjęciu do zgromadzenia, siostry zrzekają się wynagrodzenia za swoją pracę. Mało tego, muszą prosić o zgodę przełożonych na tak podstawowe rzeczy jak podpaski, przeczytanie książki (której i tak sobie same nie wybiorą) czy włączenie komputera, a nawet jeśli dostaną zgodę to muszą tłumaczyć się na jaką stronę internetową chcą wejść i dlaczego. Chore to.

Chore jest również to, że stopień powołania i wiary w Boga jest definiowany przez to, czy równo klęczą, nie podjadają, spacerują w grupach, odmawiają sobie przyjemności czy bezwzględnie i ślepo wykonują polecenia. Tą groteskę doskonale oddaje fragment książki, w którym matka mówi do swojej córki, że wybrała zakon, w którym matka może zobaczyć jej dupę, ale nie może zobaczyć twarzy.

Nawet w domu własnej matce nie mogłam się pokazać z odkrytą głową. Spać musiałam w czepku. W lato okropnie gorąco. Więc zdejmowałam, kiedy nikt mnie nie widział.. Raz w nocy poszłam do kibla, a tu matka. No to prędko koszulę na głowę zadarłam. A ona na to: – Boże, co to za zgromadzenie, że głowy nie obejrzę, a dupę mogę.

Marta Abramowicz zanurzyła się w świecie do którego dostępu kościół katolicki zaciekle broni, a nawet księża którzy się wypowiadają w tej książce wolą pozostać anonimowi. Zderza ze sobą dwa światy, zaściankowość polskich zakonów żeńskich z duchem odnowy pozostałych zakonów europejskich, gdzie siostry są w stanie same za siebie zapłacić w restauracji, a w wolnym czasie czytać książki inne niż teologiczne i z góry narzucone przez matkę przełożoną. Według autorki, siostry w Polsce są traktowane jak nastolatki, który winne są ślepe posłuszeństwo starszym siostrom, gdyż to one reprezentują wolę bożą w zakonie.

Powroty do domu nie są łatwe

To, co mnie bardzo irytuje po przeczytaniu tej książki to fakt, że w takich zakonach przełożonymi bywają kobiety, które mają bardzo niewielką edukację, skończyły maksymalnie podstawówki i bezkrytycznie powielają nieaktualne schematy zakonne, jednocześnie broniąc dostępu do edukacji innym siostrom. Każą się umartwiać, być bezgranicznie sobie posłusznym, rezygnować z przyjemności, nie czytać, nie jeść za dużo, nie widywać się z rodziną, nie zdejmować welonu przed nikim i nie zadają sobie nawet pytania – dlaczego? Taki sposób pojmowania wiary prowadzi do fanatyzmu, bezrefleksyjnego wykonywaniu obowiązków i tłamszenia wolności i kreatywności jednostki. Nie muszę wspominać, jakie są skutki działań fanatyków religijnych?

Niestety książka Abramowicz jest jednostronna, autorka dociera do kobiet, które nie odnalazły swojego powołania w klasztorze, ale nie dociera do obecnych zakonnic. Nie zadaje też pytania, dlaczego większość kobiet jednak zostaje i trwa w tej strukturze. No ok, wspomina że próbowała spotkać się z zakonnicami, ale żadna nie chciała z nią rozmawiać. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale znalazłem w Internecie opinie o książce, pochodzące od czynnych i wykształconych zakonnic, które nie narzekają, chociaż spędziły w zakonie już ponad 20 lat. Może jednak znalazłby się ktoś do rozmowy? Oczywiste jest dla mnie, że po takiej publikacji środowiska klerykalne będą się oburzać i zaprzeczać, ale wypowiedzi które znalazłem punktują jednostronność i niedokładność autorki w swoich badaniach, z czym się zgadzam. Dodatkowo Marta Abramowicz jest ateistką (tak wnioskuję po przeczytaniu kilku wywiadów z nią) w, a to z góry zakłada pewną tendencyjność książki bądź co bądź o wierze oraz sprawia, że ciężko jej się ustosunkować do sytuacji w kościele katolickim napędzanych stricte wiarą. Jako ateistka może nie rozumieć dlaczego ktoś może chcieć zamknąć się w odosobnieniu i modlić przez kilka godzin z własnej woli zamiast udzielać się społecznie, ale może i z perspektywy tej osoby jest to równie ciekawie spędzony czas jak dla niej na spacerze.

Gdyby to były same rozmowy z byłymi zakonnicami, pokazujące punkt widzenia osób, które nie odnalazły się w takiej społeczności, to mógłbym już skończyć ten wpis. Niestety, w końcowej fazie książki Abramowicz bierze się za refleksje dotyczące roli kobiet na świecie, w szczególności zakonnic. Uważa, że rola kobiety we współczesnym kościele została spłycona do roli sprzątaczki, nauczycielki religii, służącej, która nie ma wpływu na własny los w patriarchalnej hierarchii kościoła. Przypomnę tylko, że jeśli by tak było, to nikt przecież kobiet w tym porządku nie trzyma. Zanim złożą śluby wieczyste mają jeszcze przed sobą 4 etapy sprawdzania swojego powołania (aspirat, postulat, nowicjat, juniorat), czyli jakieś 8 lat i w każdej chwili mogą zrezygnować.

Dominikanie, z którymi udało się porozmawiać autorce również przedstawiają bardzo przykry obraz sytuacji zakonów żeńskich w Polsce. Podobnie jak bohaterki, ojcowie zwracają uwagę na głęboko zakorzenione przeświadczenie sióstr, że tylko ciężka praca, modlitwa i umartwianie przybliży je do Boga. Jest w nich również niechęć do zmian, wątek który przewija się przez niemal całą książkę, więc również ze strony zakonników dowiadujemy się, że w przeciwieństwie do zakonów męskich, te żeńskie nie do końca akceptują postanowienia z II soboru watykańskiego, który nieco rozluźnił ramy duszpasterstwa. Wynika z tego, że zakonnice trwają dokładnie w tym co same sobie zgotowały poprzez brak akceptacji dla zmian w kościele. Innymi słowy dostały wędkę, z której dobrowolnie nie chcą skorzystać od kilkudziesięciu lat.

Razi mnie fakt, że książka jest mocno tendencyjna i że pod koniec biją nas po oczach antyklerykalne i feministyczne poglądy autorki. Idealizuje siostry ze stanów zjednoczonych walczące o prawo do aborcji, czy też siostry z zakonów francuskich, które nie mają obowiązku noszenia habitów, płacą za siebie, mają profile na portalach społecznościowych i udzielają się społecznie. Tylko czy o takie powołanie chodzi większości polskich kobiet? Czy takich wartości szukają wstępując do zakonu? Gdyby chciały chodzić z laptopem do kawiarni i dawać wykłady o równouprawnieniu to zapisałyby się do fundacji czy jakiś ruchów społecznych. Zresztą czynią tak niektóre bohaterki jej książki, a reszta w mniejszym czy większym stopniu stara się być pomocna społeczeństwu np. wspierając społeczności lokalne. To świadczy też o wielkiej chęci pomocy bliźniemu, która nie została zaspokojona podczas ich pobytu w zakonie lub wręcz była stłamszana.

Podsumowując – taka książka była potrzebna, chociażby po to, że rozpocząć dyskusję na temat sytuacji zakonów żeńskich w Polsce. Mam jednak wrażenie, że czytając tę książkę, większość ludzi będzie utożsamiała tą sytuację z opisanymi w niej skrajnymi przypadkami, głównie ze względu na brak w niej innego punktu widzenia. Jaka jest więc prawda o polskich zakonach żeńskich? Jest to trudny i niewygodny temat, dlatego pewnie jeszcze długo się tego nie dowiemy.

Najnowsze wpisy

Kategorie